I
Słońce od wielu dni ogrzewało mury Starego Miasta, budząc na nich blaski w różnych odcieniach, w zależności od pory dnia. Światło igrało w liściach bluszczu, rozjaśniało poczerniałe kamienie złotawym blaskiem, było wielkie, jasne, niewiarygodnie gorące. Wysokie buty stukały na liczącym sobie dziesiątki lat bruku, zupełnie nieodpowiednie do warunków panujących na dworze, ale zasznurowane nienagannie, niemal pod kolana. Upał dawał się we znaki każdemu z licznych urzędników Tysiącletniej Rzeszy. Sztywna, służbowa elegancja powoli przegrywała z żarem lejącym się z nieba, zmuszając większość z nich do pozbycia się marynarek i skórzanych rękawiczek.
Chłopiec z wyraźnie nieodpowiednio do wieku wysokimi dystynkcjami miał białą koszulę podwiniętą do łokci, a szelki luźno przypiął do paska spodni. Po chwili uporczywego marszu zatrzymał się i wszedł do sklepu, prosząc o wodę, po niedbałej odpowiedzi na energiczne „Heil Hitler!". Sprzedawca spojrzał współczująco, podając Ludwigowi chłodną szklaną butelkę.
- Od dziś jesteśmy twierdzą…?
Błękitne oczy, do tej pory zmęczone upałem i nieustannym zamieszaniem, zwęziły się nagle i badawcze, zimne spojrzenie Trzeciej Rzeczy przeniknęło mężczyznę na wskroś.
- Ogłosili…?
- Nie dalej, jak godzinę temu, Herr Beilschmidt. Czy coś się stało?
Palce Ludwiga zacisnęły się na oszronionej butelce. Szybko wypił resztkę wody i wybiegł ze sklepu, przedtem wciskając kilka nieodliczonych monet w pulchną dłoń zdumionego sprzedawcy. Ulice dzielące dużą, starą willę od rynku jeszcze nigdy nie były tak długie. Tramwaj wlókł się tuż przed maską samochodu, pokonując kolejne metry prostej drogi w żółwim tempie. Niemcy zaciskał palce na kierownicy, aż kostki robiły się całkiem białe – zastanawiał się, czy jeszcze zastanie brata w domu. Ostatnio często się mijali, każdy z nich pracował w innej części miasta. Podczas gdy Ludwig najczęściej przebywał na Starym Mieście, Gilbert z właściwą sobie energią zajmował się mobilizacją dzielnicy fabrycznej. Wielkie, piękne miasto już niebawem miało zmienić się w potężną twierdzę, chroniącą serce upadającej Rzeszy przed najazdem Rosjan. Wzmacnianie starych murów, plany obrony, punkty strategiczne, wreszcie przygotowanie setek cywilnych mieszkańców miasta do oblężenia – dziesiątki nieprzespanych nocy, piasek pod powiekami. Nieznośny upał w pięknym mieście, żar lejący się z nieba, jak ogień Luftwaffe.
II
Z cichym chrzęstem żwiru samochód zaparkował na podjeździe willi numer jeden przy ulicy Parkowej. Błogosławiony cień, rzucany przez drzewa chronił przed palącym słońcem. Ludwig ruszył w stronę drzwi, zbierając wokół siebie spragnioną czułości psią gromadę. Już nie pamiętał, kiedy ostatnio zabrał któregokolwiek ze swoich psów na długi spacer – obowiązki wypełniały każdą wolną chwilę, nie pozwalając nawet na porządny odpoczynek.
Ciężkie, dębowe drzwi uchyliły się ze zgrzytem zawiasów, wpuszczając światło, które natychmiast wylało się złotawym strumieniem na marmurowe schody. Słup oślepiających promieni słońca zdawał się porywać ze sobą drobinki kurzu, wirujące w powietrzu. W domu panowała ciężka, uciążliwa cisza.
- Gilbert…? – Ludwig wszedł do środka, nawet nie ściągając butów. Wiedział, że za chwilę znów będzie musiał wyjść. – Jesteś…?
- Masz szczęście, właśnie się zbierałem. – Zmęczone oczy Prus pojawiły się jakby znikąd, prześwietlone promieniami, wyblakłe. Niemcy poczuł, jak ramiona brata oplatają mu się w pasie i przyciągają go bliżej.
- W fabrycznej wszystko gra…?
- Tak. Będzie ciężko, ale jesteśmy przygotowani. Ruscy już tu idą, pieprzone psy… - cichy pomruk wprost do ucha podkreślił niezadowolenie, wywołując u młodszego na siłę opanowany dreszcz.
- Niszczą wszystko, co stanie im na drodze, tak? – Ludwig zmrużył oczy. Od wielu lat był bardzo wyczulony na bezpodstawne jego zdaniem zniszczenie, sianie zamętu, unicestwianie dawnych czasów, budowli. Niezmiennie nienawidził nalotów, nawet niszcząc miasta wrogów potrafił z melancholią stwierdzić, że to niepotrzebne. Za to nigdy nie powiedział tego, zabijając ludzi.
- Co dzisiaj…?
- Zebranie. – Dłonie rozpraszały myśli, wędrując po żebrach w górę i znów w dół, aż do pasa, monotonnymi, powolnymi ruchami.
- Trzeba już wychodzić?
- Niestety, Bruder. Nadrobimy to później. – Drobna dwuznaczność przez chwilę jeszcze unosiła się w powietrzu.
- Dobrze, chodźmy. A powiedz, jak tam sprawy…
- One już wszystko wiedzą, mówią o rosyjskim zagrożeniu. I czekają, na przedpolach, tam, gdzie tworzą się fronty.
- W błocie, na polu? Wyślijmy kogoś, chcę się z nimi zobaczyć na zebraniu… – Ludwig zmrużył oczy na myśl o dwóch reprezentantkach Wrocławia. Traktował je jak swoje podopieczne, każde z miast otaczał troską, ale tutaj troska ta przybierała wręcz maniakalne wymiary.
- Nie znasz ich? Mają wolę walki równą z naszą. Rozniosą wszystkich ruskich dwoma karabinami. – Gilbert uśmiechnął się do brata, próbując ukoić jego nerwy.
- Ale to… wiesz, kobiety. Silne, ale młodsze…
- Dostałbyś za to w łeb, wiesz? – W chwilę po tym stwierdzeniu ciszę przerwał wybuch śmiechu.
- Masz rację, Bruder… chodź, pojedziesz ze mną.
- A mogę prowadzić?
- No nie wiem…
- No daj poprowadzić! Ja to nie dostałem takiego fajnego samochodu…
Niemcy podał bratu kluczyki.
- Niech ci już będzie. Załatwię ci taki, już niedługo. Sam nie wiem, czemu tak się grzebią… mówią, że transport do miasta został wstrzymany.
III
Czarny, lśniący samochód z proporczykami w kolorze jasnej krwi wyjechał przez bramę w stronę ratusza.
Ptaki jak na złość chwili wyśpiewywały swoje ćwierkające arie pod budynkiem rządu, schowane w bezpiecznej plątaninie gałęzi. Dziwnym akompaniamentem było im stukanie butów podkutych dziesiątkami gwoździ. Po kamiennym chodniku, marmurowych schodach, wreszcie tłumiącej dźwięk, miękkiej wycieraczce.
- Guten Tag, Herr Generaloberst, Guten Tag, Herr Generalleutnant!
- Guten Tag, Müller… Jak mija dzień?
- Melduję, Herr Generaloberst, że spokojnie!
- Müller…
- Tak, Herr Generalloberst?
- Powiedz mi… czy stoisz półtora metra ode mnie?
- Myślę, że około, Herr Generalloberst!
- Czy to mała, czy duża odległość, Müller?
- Mniemam, że mała, Herr Generalloberst!
- To po kiego diabła wrzeszczysz?
Z tyłu Gilbert stłumił śmiech, szybko przemieniając parsknięcie w przesadny kaszel. Herr Generaloberst z niewzruszoną miną odwrócił się od speszonego Müllera, wysokiego, chudego okularnika, po czym mrugnął do brata spod zawadiacko przekrzywionej czapki.
- Co to za pawian? – Podkute buty stukały już zgodnym rytmem po schodach.
- Przeniesiony z frontu, za specjalne zasługi… Ja tam myślę, że po prostu za głośno wrzeszczał. Podczas walk granaty, osiemdziesiątki ósemki, szczekające elkaemy i organy Stalina… a w rzadkich chwilach odpoczynku jego wrzask. Zniósłbyś to?
- Nie, też wykopałbym go do biura.
Tym razem wybuch śmiechu rozbrzmiał w duecie.
- Panowie… zapraszam do sali. – Zza przypadkowych drzwi wyłoniła się postać Gauleitera Karla Hanke. Szczupły, łysiejący mężczyzna w czarnym mundurze zaprosił braci serdecznym gestem do środka. W niewielkim pokoju siedziało kilku najważniejszych dowódców nowej twierdzy. Siedzieli, paląc drogie cygara i strzepując popiół do srebrnych popielniczek. Dębowy stół zawalony był planami odparcia wroga, na ścianie wisiał portret Führera. Gauleiter usiadł w fotelu i sięgnął po szeroką szklankę z grubego szkła. Na dnie połyskiwała bursztynowo stara szkocka. Po chwili znalazły się dwie nowe szklanki, tak jak i cygara, których szybko odmówiono. Powoli ucichły szmery prywatnych rozmów, Hanke wstał i w kilku lakonicznych słowach nakreślił sytuację miasta.
- Zniszczymy je, jeśli Rosjanie do niego dotrą. – Zakończył zwięzły wywód, dając zebranym jasno do zrozumienia, że do takiej sytuacji dojść nie może.
- Pan żartuje, Herr Gauleiter? – Ludwig podniósł wzrok znad trzymanej w dłoni szklanki. W pokoju zapadła cisza. Zegar na ścianie uporczywie tykał. – Nie zrobi pan tego. Nie zgadzam się.
- Obawiam się, że nie mają tu panowie zbyt wiele do powiedzenia… - Hanke niezmiennie traktował braci jako jedną osobę. – Dowodzę tutaj. Jestem za to odpowiedzialny.
- I dlatego planuje pan posłać to wszystko w kosmos?
- Panie Beilschmidt…
- Proszę mnie posłuchać, chociaż raz. – Spokojny, zwykle lekko ochrypły baryton zadrżał gniewem. – Nie pozwolę na bezsensowne niszczenie dla pańskiego kaprysu. Dla honoru, który jest tak źle pojmowany.
- Ludwig, posłuchaj wyraźnie, co do ciebie powiem. I weź sobie to do serca. – Starszy mężczyzna przybrał protekcjonalny ton, jakby nagle skończyła mu się cierpliwość do upartego dziecka. – Pilnuj swojej ślicznej aryjskiej buzi, pokazuj się tu czasem i ładnie wyglądaj. I nie licz na nic więcej. Nie masz tu wpływów. Rozumiesz?
Niemcy poczuł, jak dłonie same zaciskają mu się w pięści. Bursztynowy płyn w szerokiej szklance zadrżał lekko, tworząc na powierzchni drobne zakłócenie w idealnie złocistej toni. W głowie rozległ się narastający szum wściekłości, jednostajne buczenie.
- Czuje się pan zbyt ważny, Hanke…
- Nie, to ty się czujesz zbyt ważny, mój chłopcze. Twórz dalej sielankę dla Führera, a wojną zajmą się ludzie mający o niej pojęcie.
Gilbert nerwowo zerknął na brata, dostrzegając w pozornie sennie przymrużonych oczach błysk rozgoryczenia. Tymczasem Ludwig w ułamku sekundy dokonał przeglądu wszelkich okropności wojny, jakie miał okazję w długim życiu obserwować. Niemal całą historię krwawych potyczek ludzkości obaj mieli w głowach jak otwartą, przejrzyście zaplanowaną księgę. Setki dusz, setki wersów. Każda dusza to osobne wspomnienie.
- O niczym pan nie ma pojęcia…
- Ostrzegam cię, chłopcze, z czystej sympatii radzę ci w tej chwili opanować złość…
- O niczym pan nie chce mieć…
- Sąd polowy. Czystość rasy. Wierność wobec Fatherlandu. – Gauleiter niemal wysyczał kilka fraz, szybko zdradzając się ze swoją determinacją.- … Raport.
Niemcy podniósł się, nieśpiesznie omiatając gabinet chłodnym spojrzeniem. Gilbert zadrżał lekko, w myślach nieskładnie prosząc go, żeby nie zrobił niczego, czego będą musieli obaj pożałować. Wpatrywał się w zmęczoną, porcelanowo białą twarz brata, w promienie słońca, wpadające przez okno i budzące dziesiątki błysków we włosach koloru dojrzałej pszenicy. „Nie zawiedź, mnie młody… Nie zawiedź. Zachowaj ten swój spokój". Ludwig raz jeszcze przyjrzał się milczącym mężczyznom, zabrał z oparcia fotela czapkę i wyszedł z pokoju. Nie omieszkał trzasnąć drzwiami, aż portret uduchowionego Führera zadrżał na ścianie. Milczący człowiek z Biura Rzeszy, siedzący w kącie, uniósł krzaczaste brwi, aż zdawały się łączyć z ciemną grzywką. Czekał na wyjaśnienia.
IV
- Wybaczcie bratu. Sporo w życiu przeszedł. – Gilbert niemal nie poznał własnego głosu. Był dziwnie cichy i nie chciał przy tych ludziach brzmieć pewniej.
- Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk. Zapomnimy o sprawie za kilka osobistych słów wyjaśnienia. – Hanke mrużył oczy, próbując nadać im taki Ludwigowi wyraz. Prusy zupełnie nieadekwatnie do sytuacji wyłapał, jak bardzo sztucznie to wygląda. Niemal rozbawiła go wizja młodszego brata jako prekursora mody idealnego urzędnika Trzeciej Rzeszy. Jego spojrzenie nie nadawało się do podrabiania. Samo z siebie było zimne. Nie potrzebowało konsultacji z resztą twarzy i długiego, śmiesznego procesu nasycania nienawiścią. Taki proces wszyscy zebrani obserwowali właśnie u Gauleitera.
- Porozmawiam z nim. – Gilbert zerwał się z miejsca, prawie przewracając krzesło. Nigdy nie przepadał za biurowymi negocjacjami. Za kłótniami z bratem też nie, a dobrze wiedział, że najrozsądniejsze z wyjść nie zostanie przyjęte. Sam się z nim nie zgadzał, przyjmował je tylko, jako zasłonę dymną, pewnego rodzaju unik, bynajmniej nie ze względu na siebie.
Długie korytarze ciągnęły się wzdłuż całego budynku. Po obu stronach pełno drzwi, większość zamknięta, większość z pozostałych – prowadząca do biur. A jednak trzeba było zajrzeć po kolei do każdego z pomieszczeń, do zamkniętych zapukać, poczekać na odpowiedź lub jej brak. Głucha cisza odpowiadała najgłośniej. Głucha cisza i narastający niepokój. Wreszcie jedne z drzwi, na ostatnim piętrze, uchyliły się w odpowiedzi. Nie skrzypiały zachęcająco, żadnych domowych odgłosów. W Trzeciej Rzeszy drzwi nie mogą skrzypieć.
- No właź.
- Lu… co ty odwaliłeś? Nie wiesz, czym to się kończy? – Prusak wpadł do ciemnego pomieszczenia. Nie wyglądało na biuro, bardziej na prywatny pokój, tylko nieco zakurzony, może zapomniany, może nieodwiedzany zbyt często. Brat siedział na fotelu, najspokojniej w świecie oglądając jakieś papiery.
- Nie pozwolę na to, żeby bezkarnie realizowali swoje wszystkie plany wobec… wobec mnie. Popierdoliło ich do reszty, spalić miasto… Miasta trzeba bronić, nie palić.
- Ale przecież słyszałeś, zamierzają… - Gilbert zamknął drzwi na klucz, po czym wszedł w głąb pokoju. Stanął za fotelem.
– Tak. Wlewać w siebie litry whisky w ładnych biurach z dębowymi meblami. To ich plan na najbliższe miesiące.
- Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłeś? To norma. Tak wygląda zaplecze każdej wojny. Jeśli ktoś ma serce do walki, jego miejsce jest na pierwszym froncie.
- Nie pozwolę zniszczyć miasta. Czy ja ci naprawdę wyglądam na frajera, skończonego sługę Führera i Fatherlandu?!
- Nie drzyj się tak…
- Wiesz, ile obchodzi mnie to, czy ktoś to usłyszy?! – Ludwig zerwał się z fotela i stanął naprzeciwko starszego brata. Nie był już sobą, sytuacja wymagała drastycznych środków. Wbrew intencjom Prus zaraz po krzyku rozległo się krótkie uderzenie. Już po chwili buntownik przeciw władzy siedział na podłodze, drżąc lekko ze złości i niechęci do świata, rękawem powstrzymując lekki krwotok.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Żeby nie wysłali cię na front i nie postawili przed sądem polowym za niedokładnie zasznurowane buty. Mówi ci coś Germersheim, kochanie? Tam jedzą ludzi na kolację… choćby byli tak odważnymi i upartymi dzieciakami, jak ty. No, już, to się wytrze… - Gilbert kucnął obok brata i nim ten zdążył zareagować, zebrał krew z rozciętej wargi białą, jedwabną chusteczką. Chusteczka nadawała się jedynie do wyrzucenia.
- Nie musisz… - Ludwig już bez specjalnych protestów pozwolił usadzić się pod ścianą pokrytą złotą tapetą. Podparł się z tyłu na wyprostowanych ramionach i oparł. Czuł, że przegrał krótką wymianę zdań, zgubiły go emocje i rzeczywisty brak funkcjonalnej racji. Ideały nie sprawdzają się w biurach Trzeciej Rzeszy.
- Nie chciałem cię bić. – Prusy jak gdyby nigdy nic zakłócił bratnią przestrzeń, opierając ręce na dłoniach Ludwiga i pochylając się, żeby po chwili resztki krwi zebrać językiem.
- Wcale nie chciałeś, zrobiło się samo.
- Teraz pójdziesz do nich. Powiesz, że więcej tego nie zrobisz, że chcesz przeniesienia do innego biura i nie wychylisz się więcej, ani przy nich, ani nawet przy szeregowym żołnierzu. Tak?
- Dobrze się czujesz, Osten? Nie mam takiego zamiaru. Sam sobie ich przepraszaj…
- Do diabła, co się z tobą ostatnio dzieje? Nie rozumiesz już, że potrzeba nam elastyczności, żeby przeżyć? Patrz na to przez palce, jak zwykle…
- Żeby przez najbliższe dziesiątki lat nosić piętno największego zbrodniarza Europy? Nie dla mnie ta piaskownica, Bruder…
- Ależ owszem, dla ciebie. To twoja własna piaskownica, czy tego chcesz, czy nie. – Po krótkim namyśle Gilbert udaremnił bratu odpowiedź, wbijając paznokcie w drżącą dłoń i uwagę odwracając niezbyt przemyślanym pocałunkiem. Pełnym zestawem zmysłów skoncentrował się na sercu, którego szybkie, chaotyczne bicie czuł pod własną piersią, i na misternych kostkach szczupłej dłoni, w którą wciąż wbijał paznokcie. Serce kojarzyło mu się z uwięzionym ptakiem. Małe, ogarnięte bezradnością. W końcu dłoń mocniejszym szarpnięciem uwolniła się z uścisku, pozwalając na zostawienie na jej grzbiecie kilku czerwonych smug.
- Pójdziesz tam teraz i zrobisz, o co cię prosiłem. A jeśli się wykpisz i tego nie zrobisz, pogadamy wieczorem.
- Nie.
- Zrozum wreszcie, głupi dzieciaku, że nie możesz być buntownikiem przeciw sobie. – Gilbert rozpinał ciężki, skórzany pas, wciąż trzymając policzek przy policzku brata. Czuł ciepło jasnej skóry, spokój związany z rezygnacją. – Hej, młody… przecież wszystko jest jak należy.
Niebieskie oczy momentalnie straciły spłoszony wyraz. Straciły litość, zapomniały o słuszności. Zmieniły się w dwie lodowe bryłki, w których odbija się letnie niebo.
A popołudniowe niebo było niezwykle chłodne.
***
- Mogę już wstać?
- A zrozumiałeś, co teraz musisz zrobić?
- Tak.
- Nie zabrzmiałeś przekonująco. – Prusy mrużył oczy, wciąż przytrzymując młodszego brata przy ziemi. – Jeszcze raz.
- Tak, zrozumiałem, co muszę zrobić.
- Co zrobisz?
- Pójdę do nich, powiem, że to się więcej nie powtórzy. Później pogadam z Gauleiterem i wymuszę na nim przeniesienie do innego biura. I więcej się nie wychylę. – Cichy głos brzmiał już całkiem obojętnie. Prusy dobrze wiedział, że brat z chęcią wyszedłby teraz z pokoju i nigdy już nawet nie pomyślał o zrobieniu tego wszystkiego, czego wykonanie właśnie na nim wymuszono w dość perfidny przecież sposób. Sam też nie czuł się z tym najlepiej.
- Bardzo ładnie. – Gilbert unikał wzroku Ludwiga, poprawiając guziki munduru. – Wszystko w porządku? – W odpowiedzi usłyszał niewyraźny pomruk. Wybitnie gniewny pomruk. – Nie denerwuj się, młody. Wszystko gra, jeszcze zobaczysz, że musiałem…
Niemcy z szybkością poganianego rekruta doprowadził się do prawie nienagannego porządku i wstał, opierając się o starą, rzeźbioną komodę. Rzucił bratu nieco spłoszone spojrzenie przejrzystych, niebieskich oczu i opuścił pokój sposobem, który dałoby się nazwać jedynie ucieczką, gdyby Gilbert w ogóle myślał o nazywaniu go. Zaraz po trzasku zamykanych drzwi w pokoju już wibrowała nieznośna cisza. Po upływie pierwszej cichej sekundy szkło w gablotce przestało podzwaniać, a Prusy wstał, analizując chwila po chwili całą sytuację. Przez myśl przemknęło mu krótkie, dosadne podsumowanie, które w tej chwili nieświadomie dzielił z bratem: gdyby nie polityczny podtekst, byłoby całkiem miło.
V
Człowiek z Biura Rzeszy, który miał za zadanie skontrolowanie przebiegu nienagannej pracy w Breslau, odjechał z czekiem na okrągłą sumę, gotowym do zrealizowania w Berlinie. W zamian zaoferował milczenie, które dla Gauleitera Hanke bardzo dotkliwie okazało się być złotem.
Gilbert do rana noc nawet nie próbował się kłaść. Przemierzał całą długość domu setki razy, niecierpliwie wypatrując świateł samochodu na podjeździe willi. Psy, zaniepokojone brakiem właściciela, krążyły wokół niego, zdając się żądać informacji.
- Ja też nie wiem… - Prusy usiadł w fotelu i pogłaskał najbliższego ze zwierzaków po głowie. Pies szturchnął nosem dłoń, znieruchomiałą na oparciu. – Też się martwię.
W kilka minut po odjeździe delegata Ludwig dostał pilne wezwanie do biura Rzeszy, w rzekomej sprawie wagi państwowej. Z niechęcią założył odwieszony już do szafy mundur i zabrał swój czarny samochód, po czym odjechał w stronę ratusza. Wszystko to zdarzyło się w okolicach piątej po południu, obecnie dochodziła druga, cała ulica pogrążyła się we śnie, a sowy pohukiwały sennie w gałęziach starych drzew. Gilbert siedział w całkowitej ciemności, słuch wyostrzył mu się do kocich parametrów, usiłując wyłapać dźwięk silnika, albo charakterystyczne turkotanie drobnej kostki brukowej pod naciskiem kół. Nic z podobnych dźwięków nie zakłóciło ciszy spokojnej dzielnicy willowej. Wskazówki zegara pełzły powoli, przekraczając barierę srebrnej trójki na drewnianej tarczy.
Przenikliwy dźwięk dzwonka rozdarł gęstą ciszę. Prusy prawie biegł krętym korytarzem, bez trudu rozpoznając w ciemności i omijając przeszkody. Wreszcie dopadł do klamki i otworzył drzwi na całą szerokość, pewien, że ujrzy brata. Zamiast na znanej na pamięć sylwetce, przenikliwe, szkarłatne oczy spoczęły na zgarbionym staruszku. Starszy mężczyzna mieszkał po drugiej stronie ulicy, cała okolica znała go jako dziwaka i ekscentryka. Władza zostawiła go w spokoju tylko ze względu na opinię szaleńca i przeszłość, która rysowała się chlubnie na tle obecnej sytuacji. Karl Braun był dawniej szanowanym lekarzem wojskowym, rząd wiele mu zawdzięczał, a na starość obsypał go orderami i pozwolił zachować rodzinny majątek w postaci dziwnego domu w jednej z najlepszych dzielnic miasta. Starszy pan całymi dniami szpiegował sąsiadów i zajmował się swoim niewielkim inwentarzem w postaci trzech kogutów i samotnej kury, co było nieustannym źródłem radosnych komentarzy dwóch młodych sąsiadów.
- Dobry wieczór, panie starszy Beilschmidt… - sąsiad rozejrzał się konspiracyjnie.
- Witam pana, panie Braun… - zmęczony głos Gilberta rozległ się głucho w ciemności. – Czy coś się stało? Nie może pan trafić do domu… czy źle się pan czuje?
- Ciiicho… proszę mówić cicho. Słyszą nas, wszędzie nas słyszą…
- Kto taki nas słyszy? – Gospodarz nawet nie pomyślał o zaproszeniu nocnego gościa do domu, pomimo całej pobłażliwej sympatii, jaką do niego czuł.
- Zabrali chłopca… prawda?
- O czym pan mówi?
- Zabrali go, teraz nie wróci… - starzec podniósł głowę i wbił spojrzenie wyblakłych oczu w Gilberta.
- Kogo… Ludwiga? Nie, panie Braun, on załatwia ważne sprawy… proszę wrócić do domu. – Prusy czuł coraz większy niepokój, widząc uporczywy, przenikliwy wzrok sąsiada. Poczuł się nagle jak w jednym z tych nowych horrorów, które czasami oglądali z bratem w wygodnych, elitarnych kinach.
- Tak, chłopiec miał na imię Ludwig. Dawno go zabrali?
- Nikt nie zabrał młodego, on tylko pojechał do pracy… pracuje, drogi panie. Proszę się nie niepokoić.
- Pracuje o trzeciej w nocy? – Staruszek niemal zaskrzeczał, kierując oskarżycielsko palec w gilbertową pierś.
- To wyjątkowa sytuacja…
- Nie spodziewaj się, że szybko ujrzysz swojego brata.
Starszy dżentelmen niezwykle dziarskim krokiem odmaszerował w kierunku własnego domu, postukując drewnianą laską o bruk. Zachodni wiatr przyniósł ze sobą nową falę tłumionej paniki.
VI
Świt zalał białą willę ostrym światłem, a kiedy pierwsze promienie słońca wpełzły przez wysokie okno salonu i dotknęły dłoni zaciśniętej na oparciu fotela, Prusak obudził się gwałtownie, po czym natychmiast rozejrzał się dookoła.
- Ludwig…?
Jeszcze nigdy nie przemierzył wielkiego domu w takim tempie. Zaglądał do każdego pomieszczenia, kuchni, sypialni, nawet gabinetu brata. Dom, skąpany w ascetycznym blasku, owinięty pajęczyną cieni, wciąż wiał taką samą pustką. Znienawidzone uczucie paniki narastało wraz z uporczywym tykaniem zegara, aż osiągnęło rozmiary trudne do opanowania. Gilbert wybiegł na dwór – na podjeździe, ani w garażu nie było samochodu. Do tej pory starał się mówić o ojczyźnie, która nie krzywdzi własnych dzieci, ale w tej chwili dotarło do niego z ogromną siłą, jak bardzo w to nie wierzy. Wszystko wskazywało na to, że obłąkany staruszek miał rację.
W chwili, gdy Prusy wymyślał najskuteczniejszy sposób dostania się do Ratusza, skąpany blaskiem słońca podjazd przysłonił cień dużego samochodu. Pojazd jak gdyby nigdy nic zatrzymał się, a silnik zgasł. Przez chwilę nie działo się nic, tylko ptaki kłóciły się w koronach drzew, wypełniając chłodne powietrze ogłuszającym świergotem. Gilbert wybiegł na podwórko, przeskakując ostatnie kilka stopni wysokich schodów i dopadł brata, zarzucając go dziesiątkami pytań. Kiedy skończył opowiadać o strasznej nocy, przed domem na powrót zapadła cisza.
- No dalej, mów… dlaczego nie wróciłeś wczoraj?
- I tak dobrze, chcieli mnie zostawić na czterdzieści osiem.
- Co? Aresztowali cię? Nie mów… za co? Przecież to miały być biurowe sprawy...
- Hanke był wściekły. – Ludwig uwolnił się z objęć starszego brata i wszedł do domu, chowając się w zimnym cieniu korytarza. Usiadł na niskim pufie i zabrał się za rozpinanie marynarki.
- Za ten wczorajszy popis?
- Dokładnie tak. Coś mu się dziwnie nie spodobało w mojej opinii, skurwielowi… Więc powtórzyłem mu ją jeszcze raz. A ten kretyn mnie aresztował.
- Jesteś tak głupio uparty, młody… chcesz być dysydentem we własnym państwie? – Gilbert złapał młodszego brata za ramiona i odwrócił do siebie. Wyczuł lekkie wahanie i w końcu błękitne oczy utkwiły wzrok w szkarłatnych, przeszywając prostoduszną szczerością. Jedno porządnie nabiegło krwią, tworząc całość z ciemnym śladem przy skroni.
- Co to ma być?
Pytanie przebrzmiało swoją chwilę i w odpowiedzi dostało tylko niezręczną ciszę.
- Mówiłeś, że zatrzymali cię na przepisowe czterdzieści…
- … bo zatrzymali. – Ludwig wzruszył ramionami. – I do rana zawzięcie tłumaczyli, czemu nie wolno się wychylać. Hanke miał kłopoty, musiał nieźle dać w łapę, żeby się to jakoś rozeszło. I tak teraz przez tydzień nie zaśnie, jest pewnie nieźle przerażony… tym, że delegat zwinął się z jego kasą, a panowie z Prinz-Albrecht i tak zapukają mu do drzwi. I bardzo dobrze, niech się boi, warto było. Moja i twoja nieprzespana noc za jego dziesiątki nocy.
- Jesteś cholernym okopowym wariatem. – W głosie Gilberta nie było śladu wyrzutu, zamiast niego zabrzmiał tylko drżący triumf.
- Co gorszego mi zrobią, od wysłania na wschód? Tam przecież i tak ludzie więcej rozumieją. – Ludwig parsknął krótkim, wilczym śmiechem. Szybko zerwał się ze swojego miejsca i zniknął w sypialni. Po chwili wyszedł w ubraniach, które nosił po domu i skierował się do kuchni, nieco chwiejnym krokiem, unikając plam światła w miejscach, gdzie słońce ogrzewało wnętrze starego domu przez wysokie okna. Hałaśliwie szukał czegoś w lodówce, wreszcie wyjął z niej mleko i zanim wypełnił nim szklankę, przyłożył worek z chłodnym, białym płynem do zmrużonego oka.
- Zostaw, Bruder… zaraz coś z tym zrobię.
- Do wieczora mam nie opuszczać domu, później przyjedzie ktoś, żeby sprawdzić. Nie wiem, po co. Ani to areszt domowy, ani co… przecież nie pójdę na ulicę rozdawać antypropagandowych ulotek. Nie mam nic do mojego systemu. Jest może trochę… demoniczny, ale w gruncie rzeczy nie taki zły. Tylko bywa głupi, rodzi takie okropne głupoty… – szklanka wylądowała w zlewie, obok kilku brudnych naczyń. Czujne spojrzenie ogarnęło całą kuchnię i już po chwili naczynia suszyły się, porządnie wypolerowane. Szklanka znów została napełniona mlekiem.
- Zaraz przyjdę, idę pod prysznic… gdyby przyjechał ktoś z biura, powiedz, że siedzę w łazience, jak ma ochotę, niech zajrzy.
- Na to chyba nie pozwolę.
- Oni to kochają. Całymi dniami włażą ludziom do wanien, do łóżek… jak stare dewotki. Hanke w wełnianym berecie. Kupię mu na urodziny.
- Wtedy nie odmówi sobie przyjemności osobistego tłumaczenia.
- Dzisiaj też jakoś sobie nie odmówił. Zaraz wyjdę. – Ludwig wszedł po schodach na górę, do łazienki. Po chwili szum wody w starej konstrukcji rur zagłuszył myśli, a Gilbert utkwił wzrok w szklance pełnej mleka.
Szum ustał po kilkunastu minutach, ustępując miejsca kilku głuchym odgłosom, zwieńczonym skrzypnięciem drzwi. Niedoszły buntownik zszedł na dół i złapał szklankę, po czym kilkoma sporymi łykami pozbawił ją zawartości i usiadł na krześle.
- Bałem się o ciebie. – Prusy bawił się łyżeczką leżącą na stole, wzrok wbijając w podłogę. – Był tu stary Braun, o trzeciej w nocy zauważył, że nie ma twojego samochodu. Naopowiadał mi dziwnych rzeczy i poszedł… - Zaraz po tych słowach odruchowo wyjrzał przez okno, po czym przysłonił je zieloną zasłonką, widząc sylwetkę sąsiada w oknie po drugiej stronie ulicy.
- Straszny z niego szpieg, co? Wie wszystko.
- Jest dziwny. Nie lubię, kiedy mi się tak przygląda… stoi i się gapi, a później opowiada niestworzone historie.
- Ciesz się, że nie jest donosicielem, tylko starym ekscentrykiem. I chodź do salonu, strasznie tu jasno. Zakażę używania tych lamp… - Ludwig wstał i westchnął cicho. Dobrze wiedział, że obecnie nie jest w stanie niczego zakazać, pocieszał się tylko, próbując wyłapać w locie ostatnie strzępki sznurków do państwowej marionetki, ostatnie strzępy władzy. W końcu przeniósł rozmyślania na fotel, gdzie od razu poczuł nos brata na swoim policzku.
- Pachniesz szczeniakiem.
- … pieskiem?
- Właśnie tak. Małym, miękkim szczeniakiem… mlekiem.
- Bo piłem mleko…
- Wiem. – Nos przeniósł się na szyję.
- Wieczorem będę mógł wyjść. Po wizycie tych… Pójdziemy gdzieś?
- Masz na myśli jakiś lokal?
- Tak. Choćby i na całą noc.
- Masz konkretne plany?
- Mhm… kulturalna noc nad litrami Schnappsa, żeby zapomnieć.
Gilbert zaśmiał się krótko, od razu wyłapując intencje. Wplótł palce we włosy koloru pszenicy i pocałował brata w skroń, mrucząc coś nieskładnie do siebie.
- Dobrze, pójdziemy pić.
- Jak ty mnie dobrze rozumiesz, Bruder...
VII
Dzień szybko zmienił barwy z oślepiającego blasku poranka na przytłumione światłocienie i złoto popołudnia. Wiatr szumiał w gęstych liściach i przynosił ukojenie, gasząc upał ostatnich dni i zmieniając go w wieczory pełne przepychu późnego lata. Zapach kurzu, wilgotnej ziemi i ciepłego deszczu unosił się w powietrzu.
- To co, rynek?
- Rynek… wpuszczą nas wszędzie, ale sam nie chciałeś, żebym się wychylał… lepiej wybrać jakieś mocno aryjskie miejsce. Tam się powinniśmy pokazywać.
Rynek, choć wygaszony w obawie przed nalotami, cały czas tętnił życiem. Mimo wprowadzonej ostatnio dość niemrawo godziny policyjnej, mieszkańcy Wrocławia nie martwili się nadchodzącym niebezpieczeństwem. Zasłaniali okna, po czym sami wychodzili na ulice, żeby spędzić ostatnie ciepłe, letnie noce urlopów nad rzeką, w parku czy w okolicznych lokalach. Specyficzna odmiana nocnego życia miasta przybierała wielką skalę, kusząc niezwykłą atmosferą i słodkim elementem łamania zakazów, których nikt nie egzekwował.
Elegancki lokal, wstęp do którego gwarantowały tylko określone geny i pochodzenie, również nie narzekał na brak gości. Mimo przepełnienia bracia dość szybko znaleźli miejsce w kącie sali i zamówili coś na rozgrzewkę. Obaj myśleli tylko o odizolowaniu się od reszty rozbawionego towarzystwa i spokojnym doprowadzeniu do stanu, w którym będą musieli pytać o drogę do domu. „Niskie zapomnienie – ale zawsze jest" – określił kiedyś Ludwig, a Gilbert zgodził się z nim bez wahania.
Wieczór przeszedł w noc, minął na cichej rozmowie, cały czas nieposłusznie schodzącej na polityczne tematy. Wokół podzwaniały szklanki, brzęczały kufle, w kącie sali wybuchła szybko stłumiona kłótnia. Alkohol lał się litrami, nie tylko ci dwa potrzebowali tej nocy niskiego zapomnienia. Wokół huczała wojna, zaciskała wokół twierdzy pierścień jak wataha wilków wygłodniałych po ostrej zimie. Miasto było zbyt łakomym kąskiem, żeby Armia Czerwona przeszła obok niego obojętnie. Prędzej czy później, musiało poznać smak wojny dwudziestego wieku.
- Hej, Trzecia Rzesza, gawarisz już pa ruski? – Ludwig odwrócił się, podnosząc wzrok na postawnego mężczyznę, który razem z kolegami obserwował odosobniony stolik już od dłuższego czasu. Przerwali w końcu ożywioną dyskusję i gorylowaty mężczyzna wstał, jakby zgadzając się na pełnienie roli ich przedstawiciela.
- Nie znam pana. – Niemcy odwrócił nieco już rozbiegany wzrok z powrotem na brata.
- Patrz na mnie, kiedy mówię, zadufany w sobie szczeniaku, bo jestem głosem narodu! – Gwar i szum w lokalu powoli ucichł. Oczy zainteresowanych ewentualną burdą mężczyzn skierowały się w róg sali. – Myślisz, że nie wiemy, co dzieje się na wschodzie? Żądamy wyjaśnień, nawet tu i teraz.
- Ja nie wiem, co teraz na wschodzie. Jestem tu, siedzę i piję, a przecież się nie rozdwoję. Nie szukaj pan zaczepki, bo jeszcze znajdziesz.
- Słyszeliście, dobrzy obywatele, grozi mi! Odcina się od społeczeństwa, pieprzony elegancik z biura… i drugi! – Powoli podniósł się wrogi gwar, jak w ulu rozzłoszczonych pszczół. Ludzie na co dzień nie narzekali. Jednak czuli się zmęczeni brakiem jasnych informacji, sprzecznością faktów i ograniczeniami i niewiele potrzeba im było, żeby uwierzyć w to, że są krzywdzeni i represjonowani. Ludzka natura brała górę w pijanym tłumie, odzywając się gniewnymi okrzykami. Atmosfera gęstniała z minuty na minutę. W końcu Ludwig wstał i chcąc, nie chcąc, spojrzał w oczy zaczepiającego go człowieka.
- Wiem tyle samo, co wy! – Gilbert z niepokojem obserwował, jak brat stara się przekrzyczeć gwar. Dobrze wiedział, że przy takich nastrojach i niepokoju ludzie słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Nie docierał do nich sens wypowiadanych zdań, jednie wydumane ludzkie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości kierowało ich myślami i działaniem. Zwyczajnie nie byli w stanie zrozumieć tego, że nikt tu nie jest ich wrogiem. Chcieli krwi za swoje wyolbrzymione krzywdy, czyjakolwiek by ona nie była.
Zdarzenia potoczyły się bardzo szybko. Ktoś w złości rozbił kufel, ktoś krzyknął, prowokując agresora. W następnej chwili w lokalu rozgorzała walka. Gilbert bez zastanowienia znokautował podbiegającego do niego mężczyznę i ruszył w stronę brata, przepychając się przez walczący o swoje racje ze wszystkimi i nikim tłum. Już po pierwszym kroku ktoś go zatrzymał, wykrzykując obelgi pod adresem „zdrajców narodu i urzędników bez serc". Niestety, trafił na niepokój, który poza zwykłym prusaczym zamiłowaniem do walki był głównym wyznacznikiem skuteczności. Rozległ się krótki huk, po którym działacz społeczny złapał się za nos i skulił pod ścianą, przedtem wyraźnie tracąc równowagę.
Po kolejnym, starannie wymierzonym uderzeniu przestał mruczeć i rozciągnął się na podłodze w obrazie malowniczego nokautu.
Tłum stopniowo przerzedzał się, spontanicznie formując krąg wokół najdłużej walczącej dwójki. Gilbert nie widział wiele z miejsca, w którym stał, ale niepokój i specyficzny instynkt podpowiadały mu, że spryt i długoletnia praktyka młodszego brata zaczyna ustępować sile potężnego mężczyzny. Niecierpliwie przepychał się przez pijany tłum, a ludzie ustępowali mu z drogi, nagle onieśmieleni determinacją. Gdy dostał się do przedniej części szerokiego kręgu, praktycznie było już po walce. Jego młodszy brat siedział na swoim przeciwniku, przytrzymując go za ubranie. Mężczyzna nie wyglądał już jak ktoś, kto za chwilę się podniesie i na nowo rzuci w wir walki. Ludwig wpatrywał się w niego niemal obojętnie, wzrok utkwił w jego oczach całkowicie nieruchomo. Przeciwnik przedstawiał sobą typową i dobrze Gilbertowi znaną postawę w takiej sytuacji – odwracał wzrok, bez przekonania próbował się wyrwać, coraz rzadziej, aż w końcu znieruchomiał całkowicie.
- Odszczekaj natychmiast wszystko, co powiedziałeś, a później zrozum, że to ja jestem głosem narodu. – Wysyczał Ludwig, łapiąc niedawnego agresora za poplamioną krwią koszulę i zbliżając jego twarz do swojej.
Tłum w jednej chwili rozproszył się, widząc, że już po wszystkim. Z lekkim zakłopotaniem ludzie wrócili do swoim stolików, podnosząc krzesła i rozmawiając półgłosem. Nazajutrz nikt miał o tym nie pamiętać, w krajnych przypadkach po mieście krótko krążyły pogłoski o demonach wojny, które wcale nie wyglądając groźnie spacyfikowały cały rynek.
VIII
Tymczasem droga powrotna minęła niezwykle szybko i biała willa przywitała gospodarzy przyjaznym skrzypnięciem drzwi. Nawet nie zaświecili świateł, żeby dostać się do łazienki, a później w podobnym milczeniu do sypialni.
W środku nocy wiatr poruszył uchyloną okiennicą i głuchy huk obudził Gilberta. Usiadł na łóżku i wpatrując się w ciemność zaspanym wzrokiem przesunął dłoń na sąsiednią poduszkę, była całkowicie pusta i chłodna. Spotkanie stóp z chłodną, drewnianą podłogą nie należało do najprzyjemniejszych uczuć, ale Prusy całkowicie je zlekceważył, wyskakując z łóżka. Instynkt nakazał mu zachowywać ciszę, więc starał się nie hałasować, przemierzając metry długiego korytarza. Wiatr na dworze wył swoje arie, szumiały drzewa, powietrze, gorące i ciężkie, zwiastowało letnią burzę.
Salon pogrążony był w półmroku, świeciła się tylko mała, staromodna olejna lampka na komodzie. Ludwig klęczał na dywaniku przed kominkiem, z pełną troski miną owijając bandaż wokół psiej łapy.
- Znajdziemy tego idiotę, tak? – Pies słuchał i zdawał się przytakiwać, próbując włożyć nos do ucha Niemiec. Ten cierpliwie odsuwał włochaty psi pyszczek, z uwagą przyglądając się sierści sklejonej krwią. Duży, niezdarny szczeniak owczarka wyglądał na bardziej zszokowanego, niż poważnie rannego. Gilbert nie był w stanie pokonać drobnej pokusy, którą od lat stanowiła dla niego obserwacja podobnych scenek. Psy garnęły się do Ludwiga gromadami. Jeśli jakiś na niego warczał, był to tylko pierwotny, szybko gasnący instynkt, obrona terytorium albo jedzenia. Prusy często śmiał się, że brat byłby wspaniałym włamywaczem – po początkowej ceremonii poznania człowieka po zapachu każdy pies jadłby mu z ręki.
Ciszę kończącej się nocy, tego szczególnego momentu, w którym miasto pogrążone było w najgłębszej fazie snu, przerywały tylko ciche pomruki chłopca klęczącego na dywanie. Blade dłonie związały końcówki bandaża, długie, szczupłe palce wplotły się w sierść szczeniaka. Ludwig wydał się nagle swojemu opiekunowi całkiem niewinnym dzieckiem, sylwetką w świetle lampki, bezradną, drżącą z braku snu. Czarny, złowieszczy mundur, w którym zwykle ostatnio go widywał, wisiał na drzwiczkach szafy. Ten, dla kogo go projektowano, siedział w o wiele za dużej koszuli, z podwiniętymi rękawami. Był dziecinnie odsłonięty, bezbronny, zaspany.
- Wciąż takie z ciebie dziecko… - Gilbert wszedł do salonu i znalazł się w kręgu nikłego światła, a długi, rozedrgany cień dopasował się kształtem do mebli. – Okrutne dziecko.
IX
- Czym jest niesubordynacja? – Gauleiter drżał z wściekłości, był wręcz żałosny w tym, jak bardzo starał się ten fakt ukryć pod wizerunkiem wypranego z emocji nazisty. – Myślałem, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy…
- Ależ wyjaśniliśmy, Herr Hanke. Jeśli ma pan na myśli ostatnią noc, nie było w tym naszej winy. Ten człowiek po prostu nas zaczepiał…
- Biedni, dwunastoletni chłopcy z Hitlerjugend, których młoda, aryjska krew została wystawiona na próbę cierpliwości. Nie próbujcie się nawet tłumaczyć, ratuje was tylko to, kim tutaj jesteście. Role maskotek ratują wam tyłki, ale to nie znaczy, że zostajecie w swoich biurach.
- O czym pan…
- Wszyscy wiemy jak jest. Ojczyzna was potrzebuje, dlatego też obaj idziecie na miasto, kiedy tylko zaczną się walki.
X
Miasto w jednej chwili rozbłysło ogniem. Jak burza huczały mury Starego Miasta, a w upiornym akompaniamencie szum wiatru imitowały radzieckie Tupolewy SB-2. Przekonani o spokoju mieszkańcy Breslau chowali się w przepisowych schronach Rzeszy, w panice zapominając o regułach, które powinny rządzić taką ewakuacją. Pełne ręce roboty miały jednostki, które zostały w mieście, więcej nawet, niż ci walczący na przedpolach twierdzy.
Ochrona spanikowanej ludności cywilnej. Zmora. Sen na jawie.
Stumetrowa wieża kościoła złożyła się w dół niczym harmonijka, resztkami swojej świetności podnosząc jedynie obłok pyłu. Hanke nie oszczędzał miasta – pozwolił, by połowa jego zabytków i pamiątek po czwartym założonym w tych rejonach mieście zmieniła się w stosy gruzu. Wieże, świadkowie ludzkiego strachu i wierni obrońcy w czasach walki na miecze, padały jedna za drugą pod potęgą blaszanych ptaków.
Pojęcie niezniszczalnej potęgi padało wraz z kolejnymi punktami najwyższej obrony.
XI
- Mamo! Mamo, gdzie jesteś… - mały, jasnowłosy dzieciak z zapłakaną buzią rozglądał się dookoła po zatłoczonym dworcu. Miał spodnie na szelkach, rozpiętą, cienką kurtkę, a daszek kaszkietu opadał mu na oczy. Była wyraźnie przerażony, kiedy szarpnął ostrożnie płaszcz wysokiej, nieruchomej postaci, według dawno usłyszanych pouczeń rodziców w mundurze dopatrując ostatniego ratunku. „Jeśli się zgubisz, szukaj pana policjanta."
Znalazł niezupełnie tego, kogo szukał.
- Coś się stało? – Ludwig kucnął naprzeciw chłopca, tak, że dwie pary niebieskich oczu znalazły się na tym samym poziomie.
- Moja mama, była tutaj, a teraz…
- Pozwolisz wziąć się na ręce? Może kiedy będzie wyżej, zobaczysz gdzieś swoją mamę. Nie denerwuj się, na pewno już cię szuka. – Chłopiec przyczepił się kurczowo, pozwalając unieść do góry. Ludwig z przykrością stwierdził, że był porządnie zmarznięty. W przypływie złości na wojnę oddałby mu swój płaszcz, gdyby nie zbyt znaczna różnica rozmiarów.
- Jak masz na imię? – Postanowił zająć czymś dzieciaka, w oczekiwaniu na jego mamę.
- Bruno, proszę pana.
- Bardzo ładnie. Ale ja nie jestem „proszę pana". Jestem za młody na „proszę pana".
Chłopiec uśmiechnął się przez łzy.
- A ile masz lat, proszę pana?
- Dziewiętnaście. Coś koło tego.
- Jesteś policjantem?
- Nie, Bruno. Oficerem Schutzstaffel. To ktoś prawie, jak policjant.
Z tłumu wybiegła spanikowana kobieta. Natychmiast wyciągnęła ręce do chłopca, a po chwili już poprawiała mu ubranie, strofując za nieuwagę. Po dłuższym czasie podniosła wzrok na nieruchomą postać i cofnęła się o krok, widząc dwie błyskawice na gapach czarnego munduru.
- Ja… dziękuję panu.
- Drobiazg. – Ludwig mruknął coś niewyraźnie i wycofał się pod ścianę peronu, widząc, że nie wzbudził u kobiety zaufania. Szybko odeszła w głąb stacji, zabierając ze sobą synka, który tylko raz odwrócił się i pomachał wesoło.
Ewakuacja ludności, jak zwykle ogłoszona za późno, pozwoliła na ucieczkę z twierdzy siedmiuset tysięcy ludzi. Z powodu kilkunastu stopni poniżej zera i niezwykłego pośpiechu sto tysięcy zmarło po drodze i jeszcze przed opuszczeniem miasta.
W nocy z piętnastego na szesnastego lutego pierścień wojsk radzieckich zamknął się, a ucieczka z miasta przestała być możliwa.
XII
- Gilbert… patrz, listonosz. Pójdziesz do skrzynki?
- Ty idź.
- Boisz się?
- Nie. Ale ty idź.
Ciężkie kroki w korytarzu, gęsty strach. Dwie koperty wylądowały na stole, oficjalnie zaadresowane, sztywne, urzędowe. Równe linijki maszynopisu, dwa nowe zadania. Wschodni front i pluton egzekucyjny.
XIII
- Nie zostawiaj mnie… Do cholery, nie możesz mnie zostawić! – Ludwig bezradnie skulił się w przedsionku wagonu, przytulając karabin. Na peronie stał jego starszy brat, nie miał pretensji. Głos, donośny z konieczności, przepełniony był niedowierzaniem. – Uważaj na siebie, ubieraj się i spróbuj nie zarazić żadnym przeziębieniem… Tam jest zimno, naprawdę zimno… - monolog ucichł, utonął w hałasie dworca. Gilbert nie chciał się do tego przyznawać, ale po setkach lat spędzonych razem, wciąż traktował brata jak małe „stworzonko", przywiezione któregoś dnia przez Germanię.
- Niedługo się zobaczymy, Bruder. Będę pisał listy. Może dojdą… - zachrypnięty głos skulonej postaci.
- Obaj wiemy… nie, nie jedź, chodź, ja… - z trudem wypowiedziane „kocham cię, braciszku" utonęło w sygnale odjazdu. Pociąg ruszył, na wschodni front, w stronę śmierci.
XIV
Dwudziesty dziewiąty kwietnia powitał świat szelestem papieru. Gilbert podszedł do stołu, na którym leżał akt ostatecznej kapitulacji Wrocławia. Dookoła widział mnóstwo wrogich oczu, spojrzeń spod czapek ze stalinowskimi gwiazdami. Poczuł się bezradny, tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
- Proszę podpisać, panie Beilschmidt. – Rosyjski akcent dziwnie zniekształcił nazwisko.
Jasna dłoń drżała, kiedy złapał eleganckie pióro, żeby złożyć ostatni podpis w imieniu nieobecnego brata. Podpisy musiały być dwa, jednak nikt nie przejmował się faktem, że jedna ze stron przebywa jeszcze na wschodnim froncie. „Gilbert Beilschmidt"
Podpis wyszedł ostry, trochę nierówny. Pisanie było jak świadome wbicie igły w dłoń – dało się to zrobić, ale umysł wciąż opierał się, kiedy gest został już dawno postanowiony. Gilbert złapał pióro nieco niżej, starając się naśladować pismo brata. Pochylił dłoń.
„Ludwig Beilschmidt"
Niniejszy Akt został sporządzony w języku angielskim, rosyjskim i niemieckim. Tylko wersje angielska i rosyjska są autorytatywne.
Mein lieber Bruder ... Przegraliśmy. Komm nach Hause zurück, komm zu mir, mein klein Schatz… tylko wróć.
XV
- I kiedy znowu się spotkaliśmy, Wrocław nie był już niemiecki. – Gilbert skończył wspominanie, z trudem wymawiając polską nazwę miasta. – Wro… Breslau. Całkiem inne miasto… ale poznaję.
Ludwig rozejrzał się dookoła, ratusz, pręgierz, kamienice, kościół garnizonowy, wielki, masywny, majestatyczny, przebudowywany jeszcze w trzydziestym dziewiątym. Miasto żyło, jak w czasach, kiedy mieszkali w białej willi. Jednak w porównaniu do tamtych lat, panowała w nim odmienna atmosfera. Inny naród, mieszanka krwi i pochodzeń.
- Chodź, Ludwig, nie widzieliśmy jeszcze, co się stało z pałacem Starego Fritza. Słyszałem, że pomalowali go…
- … na pomarańczowo, Bruder. Na pomarańczowo.
- No nie mów…





